Trzymając w ręku formularz
zgłoszeniowy na wyjazd w ramach programu Erasmus, pomyślałam sobie, że to może być
fajna opcja na wyrwanie się z Warszawy i zobaczenia trochę świata. „Co mi
szkodzi?” – pomyślałam.
Od razu pierwszym wyborem była
Szwecja – byle jakie miasto, ale to musiała być Szwecja! Na liście uniwersytetów
znajdowały się Göteborg, Sztokholm i Umeå. Chyba nawet podałam taką kolejność. W
sumie dla mnie to znaczenia nie miało. Gdybym mogła, wszystkie miasta
wpisałabym pod numerem 1.
Po dokonaniu wszystkich
formalności, dopytywaniu się Pani z Dziekanatu czy wszystko jest ok, pozostało
mi tylko czekać na wynik. Wóz albo przewóz.
Już nie pamiętam ile musiałam
czekać na decyzję, ale na pewno parę tygodni. Nie obiecywałam sobie za dużo, bo
średniej ocen nie miałam jakiejś wybitnej; poza tym wolałam o tym nie myśleć i „nie
napalać” się, by potem być mile zaskoczoną.
Pamiętam, był piękny wiosenny
dzień. Tłukłam się wtedy w autobusie linii 111 relacji Gocław – Esperanto;
docelowo na Uniwersytet. Nagle poczułam wibracje w torbie zwiastujące pewnie
wiadomość sms od operatora z informacją, jak mogę ustawić sobie „granie-na-czekanie”
za 2 zł. Jednak nie! Telefon nie przestawał się trząść. Patrzę dzwoni koleżanka
ze studiów. Odbieram:
- Gratuluję Ci wyjazdu na
Erasmusa!! – zaświergotała do słuchawki.
Najpierw nie zrozumiałam nic z
tego co powiedziała.
- Mogłabyś powtórzyć? Słabo Cię
słyszę i nie rozumiem co mówisz! Jadę w busie – odpowiedziałam.
- No jedziesz do Ume-coś-tam, na
rok! Już są wyniki! Przyjedź to sama zobaczysz – nie ustawała koleżanka.
- Eee… no nie żartuj!! Proszę powiedź,
że mnie nie oszukujesz!
To co mówiła koleżanka sprawdziło
się w 100% Długo jeszcze nie mogłam zrozumieć, że mi się udało i to, o czym
marzyłam właśnie staje się faktem.
Zdziwienie moich rodziców było
podobne do mojego. No ale cóż – trzeba było się tylko cieszyć! No ale oprócz
tego, trzeba było się również postarać zdać wszystkie egzaminy w pierwszym terminie
sesji letniej, by „kampanię wrześniową” ominąć szerokim łukiem. Chyba nie muszę
wspominać, iż stopień mojej motywacji w II semestrze, 3 roku sięgnął zenitu?
Wszystko szło zgodnie z planem.
Egzaminy zdane. Nadchodziły wakacje, a pod koniec sierpnia mogłam już szykować
się do wyjazdu (w Szwecji rok akademicki zaczyna się we wrześniu, a nie jak w
Polsce w październiku).
Wakacje minęły, złotówki
wymienione, ja spakowana i przygotowana do rocznego wyjazdu na północ. Przybywszy
rankiem na Okęcie, byłam trochę zła na zaostrzone regulacje dotyczące ciężkości
bagażu. Nic nie dało tłumaczenie, że wyjeżdżam na studia na rok, i że te 3 czy
4 kg nadbagażu nie mają aż tak dużego znaczenia dla Pani siedzącej przy taśmie,
a dla mnie mają kolosalne!
Ostatecznie udało się puścić
bagaż. Trochę czasu jeszcze zostało do odlotu samolotu lecącego na pierwszy
przystanek mojej „wyprawy”, czyli Arlanda w Sztokholmie. Zaczęły się więc
pożegnania. W sumie nie znoszę tej części, ale perspektywa, że kiedy przejdę
bramki lotniska będę zdana w zupełności na siebie, ostudziła moją niechęć.
Nigdy na tak długo nigdzie się nie wybierałam.
Podczas ścisków mama się mnie
nieśmiało pyta:
- A długopis chociaż wzięłaś?
Konsternacja na mojej twarzy
mówiła wszystko!
- A masz jakiś? Jak masz to daj!
Z tego stresu zupełnie zapomniałam
podstawowych rzeczy, które niezmiernie ułatwiłyby mi proces uczenia się. Teraz
jak sobie to przypominam to śmieję się głośno, sama do siebie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz