poniedziałek, 3 marca 2014

Szwecja… po raz pierwszy!

Trzymając w ręku formularz zgłoszeniowy na wyjazd w ramach programu Erasmus, pomyślałam sobie, że to może być fajna opcja na wyrwanie się z Warszawy i zobaczenia trochę świata. „Co mi szkodzi?” – pomyślałam.
Od razu pierwszym wyborem była Szwecja – byle jakie miasto, ale to musiała być Szwecja! Na liście uniwersytetów znajdowały się Göteborg, Sztokholm i Umeå. Chyba nawet podałam taką kolejność. W sumie dla mnie to znaczenia nie miało. Gdybym mogła, wszystkie miasta wpisałabym pod numerem 1.
Po dokonaniu wszystkich formalności, dopytywaniu się Pani z Dziekanatu czy wszystko jest ok, pozostało mi tylko czekać na wynik. Wóz albo przewóz.
Już nie pamiętam ile musiałam czekać na decyzję, ale na pewno parę tygodni. Nie obiecywałam sobie za dużo, bo średniej ocen nie miałam jakiejś wybitnej; poza tym wolałam o tym nie myśleć i „nie napalać” się, by potem być mile zaskoczoną.
Pamiętam, był piękny wiosenny dzień. Tłukłam się wtedy w autobusie linii 111 relacji Gocław – Esperanto; docelowo na Uniwersytet. Nagle poczułam wibracje w torbie zwiastujące pewnie wiadomość sms od operatora z informacją, jak mogę ustawić sobie „granie-na-czekanie” za 2 zł. Jednak nie! Telefon nie przestawał się trząść. Patrzę dzwoni koleżanka ze studiów. Odbieram:
- Gratuluję Ci wyjazdu na Erasmusa!! – zaświergotała do słuchawki.
Najpierw nie zrozumiałam nic z tego co powiedziała.
- Mogłabyś powtórzyć? Słabo Cię słyszę i nie rozumiem co mówisz! Jadę w busie – odpowiedziałam.
- No jedziesz do Ume-coś-tam, na rok! Już są wyniki! Przyjedź to sama zobaczysz – nie ustawała koleżanka.
- Eee… no nie żartuj!! Proszę powiedź, że mnie nie oszukujesz!
To co mówiła koleżanka sprawdziło się w 100% Długo jeszcze nie mogłam zrozumieć, że mi się udało i to, o czym marzyłam właśnie staje się faktem.
Zdziwienie moich rodziców było podobne do mojego. No ale cóż – trzeba było się tylko cieszyć! No ale oprócz tego, trzeba było się również postarać zdać wszystkie egzaminy w pierwszym terminie sesji letniej, by „kampanię wrześniową” ominąć szerokim łukiem. Chyba nie muszę wspominać, iż stopień mojej motywacji w II semestrze, 3 roku sięgnął zenitu?

Wszystko szło zgodnie z planem. Egzaminy zdane. Nadchodziły wakacje, a pod koniec sierpnia mogłam już szykować się do wyjazdu (w Szwecji rok akademicki zaczyna się we wrześniu, a nie jak w Polsce w październiku).

Wakacje minęły, złotówki wymienione, ja spakowana i przygotowana do rocznego wyjazdu na północ. Przybywszy rankiem na Okęcie, byłam trochę zła na zaostrzone regulacje dotyczące ciężkości bagażu. Nic nie dało tłumaczenie, że wyjeżdżam na studia na rok, i że te 3 czy 4 kg nadbagażu nie mają aż tak dużego znaczenia dla Pani siedzącej przy taśmie, a dla mnie mają kolosalne!


Ostatecznie udało się puścić bagaż. Trochę czasu jeszcze zostało do odlotu samolotu lecącego na pierwszy przystanek mojej „wyprawy”, czyli Arlanda w Sztokholmie. Zaczęły się więc pożegnania. W sumie nie znoszę tej części, ale perspektywa, że kiedy przejdę bramki lotniska będę zdana w zupełności na siebie, ostudziła moją niechęć. Nigdy na tak długo nigdzie się nie wybierałam.
Podczas ścisków mama się mnie nieśmiało pyta:
- A długopis chociaż wzięłaś?
Konsternacja na mojej twarzy mówiła wszystko!
- A masz jakiś? Jak masz to daj!
Z tego stresu zupełnie zapomniałam podstawowych rzeczy, które niezmiernie ułatwiłyby mi proces uczenia się. Teraz jak sobie to przypominam to śmieję się głośno, sama do siebie.

Pożegnania się skończyły. Odprawa przebiegła sprawnie i po południu już byłam w Sztokholmie czekając na Arlandzie na przesiadkę. Lotnisko w Sztokholmie? – piękne, duże, przestronne, takie… szwedzkie! Muszę powiedzieć, że z przyjemnością spędziłam tam 5 godzin czekając na samolot do docelowego miejsca – Umeå.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz