poniedziałek, 24 marca 2014

Rowerowa wycieczka.


Uniwersytet w Umeå
Pamiętam tego dnia dość długo jeździłam po okolicy. Piękna niedziela tylko do tego zachęcała. Postanowiłam, że na razie odpuszczę sobie centrum miasta i skupię się na okolicy poza nim. Najpierw pojechałam na opustoszały Uniwersytet. Droga wiosła przez las. Promienie słońca przedzierały się przez wysokie konary drzew. W oddali majaczyły czerwone budynki mieszkalne, a ja sunęłam asfaltową drogą w kierunku uczelni. Był do duży kompleks budynków częściowo połączonych ze sobą. Budynek sam w sobie był niski – jak praktycznie wszystkie budowle w Umeå. Z pewnością położone nieopodal jeziorko i duże równiutko przystrzyżone trawniki oraz charakterystyczna rzeźba dodawały mu uroku. Pojechałam dalej. Dostrzegłam budynek szpitala centralnego i kierunkowskaz z drogą na centrum. Jednak na to był jeszcze czas. Zawróciłam. Pojechałam z powrotem na Ålidhem i dalej zobaczyć co jest po drugiej stronie. Znowu las i droga zadbana E4. Przejechałam pod nią i zaraz ukazało mi się piękne osiedle Tomtebo. Co mnie najbardziej zdziwiło to duże okna w domkach. Nie było w nich ani zasłon, ani firanek czy nawet żaluzji. Domy nie były oddzielone żadnym ogrodzeniem. Każdy, kto tamtędy przechodził, mógł spokojnie obserwować wszystko co się działo wewnątrz.
Uniwersytet w Umeå

Jezioro Nydala
Jadąc dalej, droga asfaltowa zmieniła się na gruntową. Zagęszczenie lasu się znacznie zwiększyło i nagle ku mojemu zdumieniu zauważyłam dość spore, piękne jezioro. Potem się dowiedziałam, że obwód Nydalasjön (jezioro Nydala), wynosił 10 km i służyło, m.in. za drogę dla ludzi uprawiających jogging. Trasa idealna, pokryta żwirkiem, w nocy dodatkowo oświetlana przez lampy. Co jakiś czas zauważałam ścieżki, które prowadziły nad samo jezioro. U wylotów owych ścieżek swoje miejsce miały skrzynie, na tamtą chwilę zupełnie nie wiedziałam kto i w jakim celu je tam poustawiał i nieco oszpecał widok tak idealnego miejsca.
Zebrałam się w sobie i objechałam całe jezioro dookoła. Nie pamiętam już ile mi to zajęło ale było warto. Kiedy wróciłam do domu już słońce chyliło się ku zachodowi. Odstawiłam rower i poczłapałam na piętro. Po doprowadzeniu siebie do porządku wyszłam na spotkanie swoim współlokatorom.
Wcześniej już wspominałam, kto mieszka na moim piętrze, więc teraz przyszła pora na bliższe zapoznanie się. Czyli standardowo: imię, skąd się przybyło, dlaczego Szwecja, dlaczego Umeå i takie tam. Prędzej czy później i tak trzeba było się poznać, bo z częścią z nich miałam spędzić pod jednym dachem przynajmniej pół roku – w zależności czy ktoś przyjechał na jeden semestr albo dwa.
Ogólnie rzecz biorąc mili ludzie. Cieszyłam się też, że trafiłam na Szwedów bo dzięki temu mogłam poćwiczyć swoją znajomość tego języka.
Tak minęła niedziela.
Następnego dnia, tym razem z Asią, pojechałam na Uniwersytet by pozałatwiać wszystkie formalności ze studiami i z zakwaterowaniem. O dziwo wszystko załatwiłam za jednym zamachem bez zbędnego oczekiwania. Nie wiem czy takie cuda również są w Polsce (w co szczerze wątpię), na szczęście w połowie nie musiałam tego sprawdzać.
Wszyscy byli jakoś podejrzanie szczęśliwi, albo podekscytowani nowym rokiem. Panie siedzące w pokojach wyrażały chęć całkowitej pomocy nowo-przybyłym studentom – we wszystkim.
W krótkim czasie gotowa byłam do powrotu. Przedmioty, na które chciało się uczęszczać, należało się zapisać przez Internet. System edukacji w Szwecji znacznie się różnił od tego polskiego. Tam była opcja wyboru przedmiotów w taki sposób, że odbywały się jeden po drugim, a nie jak w Polsce – wszystkie przedmioty co tydzień przez semestr.

Tam wybierało się jeden przedmiot o różnym tempie intensywności, tj. 100%, gdzie zajęcia odbywały się codziennie bądź co drugi dzień; 75% - bodaj 2 razy w tygodniu; 50% - raz w tygodniu; 25% - raz na 2 tygodnie. Były też kursy odbywające się przez Internet. Na koniec danego przedmiotu odbywały się zaliczenia w postaci egzaminu, pracy pisemnej albo prezentacji. Po dokonaniu tej formalności wybierało się kolejny przedmiot z listy, a nie odgórnie narzucany, jak w Polsce. Można było wybierać takie przedmioty, które faktycznie będą przydatne w przyszłości. Większość z nich uczyła absolutnie praktycznego, a nie teoretycznego podejścia.
Ewidentnie taki system w moim odczuciu jest o wiele lepszy niż polski.
Po pierwsze student jest w 100% skupiony na jednym przedmiocie. Wykładowcy mają takie nastawienie do studenta, że ten aż z przyjemnością podchodzi do nauki, a nie z przymusu albo strachu. Od razu mi się to spodobało.
Po zasięgnięciu tych informacji, popołudnie miałam wolne. Asia poinformowała mnie, że dzisiaj jest organizowane ognisko nad jeziorem i fajnie by było gdybym przyszła, by poznać innych studentów oraz naszą „umejską” mniejszość narodową. Zgodziłam się od razu, bo cóż innego miałabym robić?
Kiedy dotarliśmy nad jezioro (ja po raz drugi tego samego dnia), dotarło do mnie po co były te skrzynie. Otóż w nich znajdowało się drewno przeznaczone do spalenia – właśnie przy okazji organizowanych ognisk przez mieszkańców. Drewno w skrzyniach zapewniała gmina, a nad samym jeziorem były wyznaczone miejsca specjalnie pod ogniska.
Obok skrzyń znajdowały się małe domeczki, w których można było znaleźć małe drewienka i stare gazety na podpałkę.
- Że co?? – pomyślałam sobie. Jakież to ludzie muszą mieć do siebie zaufanie.
Kolejne zaskoczenie zaraz po domach w Tomtebo, stojących praktycznie otworem. Teraz to.
Chyba nawet 48 godzin nie minęło od mojego pobytu…
Atmosfera podczas ogniska była bardzo miła. Było tak spokojnie, w głuchej ciszy rozbrzmiewały nasze rozmowy i śmiech.
Wcześniej, jeżdżąc po tej głuszy myślałam sobie z przerażeniem:
- Boże drogi?! Co ja tutaj robię?
Nawet nie ma co porównywać zgiełku Warszawy do cichego i spokojnego Umeå.

Jednak przez pryzmat czasu (i już nawet będąc tam), dostrzegałam ogromne pozytywy z pobytu w miejscu gdzie (mój tata by powiedział), renifery zawracają.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz