Moje czekanie na lotnisku w
Sztokholmie dobiegło końca. Dokończywszy picie kawy w Wayne’s Coffee (skądinąd
szwedzka firma), skierowałam się do odpowiedniego Gate’u. Już widziałam jak mój
czerwony „dyliżans” Norwegian podjeżdża pod rękaw i wiedziałam, że zaraz
zacznie się „moje ukochane” szukanie miejsca i ładowanie bagażu podręcznego w
luku bagażowym znajdującym się nad głowami pasażerów. Z tego podekscytowania
nawet nie zdążyłam się zdenerwować.
Po dokonaniu
wszelkich formalności przez stewardesę, samolot przejechał na pas i po chwili
wzbiliśmy się w powietrze. Nawet nie pamiętam ile trwał sam lot, ale po chwili
oznajmiono, że podchodzimy do lądowania i maszyna stopniowo obniżała lot.
Wówczas nad obszernymi połaciami Lapplandii unosiły się ciężkie chmury. Kiedy
samolot obniżył swój lot wystarczająco nisko – wtedy to zobaczyłam. Las.
Wszędzie las. Miałam akurat to szczęście, że siedziałam przy oknie (chyba moje
ulubione miejsce w rzędzie). Dzięki temu mogłam bacznie obserwować to, co się
dzieje na zewnątrz.
Gdzie okiem nie sięgnąć soczyście
zielone wierzchołki. Gdyby nie GPS wyświetlany na ekranach to pomyślałabym, że
pilotowi kierunki się pomyliły i „wywiózł” nas gdzieś… nawet nie wiem gdzie.
Wiedziałam, że
Umeå to nie metropolia, no ale nawet nie chciałam przypuszczać, że to
zbiorowisko wypasaczy reniferów mieszkających w skandynawskich wigwamach (sve. kåta),
a po środku tego wszystkiego dość spory Uniwerek. Z lekkim napięciem czekałam
na rozwój wydarzeń.
Po paru minutach
ciągłego obniżania lotu, zauważyłam, że coś zaczęło majaczyć na horyzoncie. W
duchu się cieszyłam „Tak! Światła miasta! Jednak coś tam jeszcze jest!”. Aż się
zaśmiałam w sobie. Umeå to po prostu miasto w lesie. To tak, jakby ktoś
wykarczował duże koło w środku puszczy i postawił budynki, domy, ratusz,
systembolaget, centrum handlowe, stację kolejową, lotnisko i uniwersytet. Takie
było moje pierwsze (nie ostatnie) wrażenie z lotu ptaka.
Trzymając się
faktów: Umeå – „Miasto brzóz[1]”,
leży nad rzeką Ume (sve. [en] å – rzeczka, strumień), na terenie Västerbotten
(można powiedzieć, że to odpowiednik województwa), powstało w 1622 roku. Samo
miasto liczy około 80 000 mieszkańców, z czego około 30 000 to
studenci – zagraniczni i Szwedzi. Jest to największe miasto na północy kraju.
3… 2… 1…
samolot „siadł” na kołach. Drzwi się otworzyły, schody podjeżdżają, wszyscy
wychodzą. Jednak siedzenie przy oknie ma swoje minusy – trzeba czekać, by reszta
z rzędu wysiadła. No cóż, nie można mieć wszystkiego. Już zbliżam się do wrót…
i „ja pi*****e!”
Jak mną nie zawiało!? Nie dość,
że wiatr był ogromny, deszcz zaczął siąpić, ja raczej odzieżowo niezbyt się
przygotowałam na spotkanie z taką pogodą. Patrzę pod nogi by nie wywinąć orła
na śliskich schodach. Następnie podnoszę wzrok i widzę… „UMEÅ 'International'
Airport”. Oczywiście pół żartem, pół serio. Bo to, co moje oczy ujrzały, to
lepszej kategorii hangar. Szybko puściłam się biegiem do środka by nie
przemoknąć do suchej nitki. Wewnątrz całkiem przyzwoicie. Jedynymi osobami na
lotnisku była obsługa tegoż obiektu oraz… pasażerowie, którzy właśnie ze mną
wysiedli z samolotu. Już nie liczę osób czekających na swoich bliskich.
Chyba
tylko ja mam to szczęście, że mój bagaż wyjeżdża po taśmie jako jeden z
ostatnich. No więc kiedy go odebrałam, ogarnęłam wzrokiem pomieszczenie i
stwierdziłam, że na lotnisku zostałam prawie sama – nie licząc oczywiście
obsługi.
„Ok! Skup się! Trzeba się stąd
wydostać” – powiedziałam sobie w duchu. Zabrawszy wszystkie swoje rzeczy,
skierowałam się do wyjścia.
„Nooo nieeee!” – dalej
prowadziłam ze sobą konwersację – „Panie kierowco! Jeszcze ja!” -właśnie
zobaczyłam przez szybę, że odjechał mi autobus – najprawdopodobniej kierujący
się w stronę miasta. Kiedy odjechał, wyszłam z całym swoim majdanem na
zewnątrz. Skierowałam się pod przystankową wiatę i odkryłam, że nie ma rozkładu
jazdy autobusów. Zdziwiło mnie to trochę, ponieważ gdziekolwiek by się nie było
– przynajmniej biorąc pod uwagę w miarę cywilizowane kraje – taki rozkład
powinien być.
„Kopać się” z przystankiem nie
miałam zamiaru, ale lekka irytacja, a przede wszystkim zmęczenie już dawało się
we znaki. Wróciłam na lotnisko w poszukiwaniu punktu informacyjnego. Tam
dowiedziałam się, iż autobusy przyjeżdżają tylko kiedy przylatuje, bądź odlatuje
dany samolot. Autobus przeznaczony dla mojego samolotu już odjechał. Aha.
Odpowiedź na pytanie dotyczące
kwestii biletów również mnie zaskoczyło. Okazało się, że nie ma możliwości
zakupienia biletu innego niż na specjalnej karcie autobusowej lub można dokonać
ewentualnej płatności kartą kredytową z tłoczonymi numerami u kierowcy. Aha.
Podziękowałam za udzielenie
informacji. Kiosku nigdzie nie zauważyłam. Wyjrzałam za okno a tam wiatr i
mżawka się nasilały. Chwilę przysiadłam na ławce, bo prawie 30 kg bagażu
stawało się z każda minutą coraz cięższe.
Myślałam, że się tam rozpłaczę.
To był raczej śmiech przez łzy. Zadawałam sobie pytanie, co u diabła ja tu
robię. Po chwili odezwało się moje polskie myślenie – „Co!? Ja się nie dostanę
do (mojego nowego) domu? Co to, to nie!”. Zabrałam swój bagaż, wyszłam jeszcze
raz – teraz już z opustoszałego lotniska na zewnątrz. Co mnie uderzyło to
wszechogarniająca cisza. Było praktycznie jak makiem zasiał. W zasięgu wzroku
ani żywej duszy. Spojrzałam na zegarek i się zdziwiłam. Jak na wieczór było
całkiem jasno. I wtedy mnie tknęło. „No przecież!” – gdzieś tu musi być postój
taksówek! Po chwili znalazłam swój transport, podałam taksówkarzowi swój nowy
adres, którego wyuczyłam się na pamięć w samolocie. Po około 10-15 min. byłam
na miejscu.
Ładne, równe budyneczki z
czerwonej cegły, mające 3-4 piętra, przypominały trochę warszawski Ursynów.
Ålidhem – moja nowa dzielnica i
miejsce zamieszkania. Taksówkarz odjechał.
„Faaaaaaan!! A gdzie moje
klucze??”
[fan aka. eng. damn]
[1] 25 czerwca 1888 wschodnia część miasta
została doszczętnie spalona. Podczas odbudowy ze względów przeciwpożarowych
ulice zostały obsadzone brzozami– z tego właśnie powodu o mieście mówi się Björkarnas stad, czyli
"Miasto brzóz"

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz