poniedziałek, 31 marca 2014

Ku przygodzie, czyli "atak" na Tavelsjö

Pierwsze dni minęły spokojnie. Zaznajomiłam się ze sporą ilością studentów, odwiedziłam centrum, zaczęły mi się zajęcia, które okazały się być bardzo fajne – zupełnie inne podejście do polskiego. Ale wydaje mi się, że to też dlatego, że czułam wielkie podekscytowanie tym, że mogę studiować na zagranicznej uczelni i w kraju, w którym nie byłam nigdy wcześniej. Poznałam też innych Polaków, którzy studiowali w tym samym czasie co ja. Z częścią z nich utrzymuję kontakt do dzisiaj. Z resztą jakoś drogi nam się rozeszły.

Był jakoś koniec września a początek października. Dwie z moich polskich koleżanek – Natalia i Dorota, zaproponowały byśmy we trójkę wzięły udział w wycieczce pieszej, która była organizowana przez parę studentów, którzy mieszkali i studiowali w Umeå. Byli też zapalonymi piechurami. Celem wycieczki było dotarcie przez weekend to miejscowości Tavelsjö, oddalona o około 30 km na północ od Umeå. Dla mnie to była totalna nowość bo jeszcze nigdy nie spałam pod namiotem, ani w śpiworze i to jeszcze gdzieś na północy Szwecji.
Nawet nie wiedziałam od czego zacząć przygotowania. No jasne… jak hiking to dobre buty – brak. No cóż, ładna jest pogoda więc pewnie adidasy wystarczą i przynajmniej będzie wygodnie. Duży błąd – jak się później okazało. Prowiant i woda (check), plecak (pożyczony – check), namiot (zorganizowałyśmy sobie 3-osobowy namiot, check), jakieś ciepłe ubrania (check), kurtka (check), aparat z naładowaną baterią (check), śpiwór (check). No to chyba wszystko, co jest niezbędne na weekendowy wypad poza miasto.
W piątek rano spotkałam się w pokoju Natalii i pomogłam jej dopakować i przepakować rzeczy. Później dołączyła do nas Dorota. Okazało się, że nasze plecaki były różnej wagi więc by być solidarnym uzgodniłyśmy, że co godzina będziemy robić rotację plecaków podczas drogi. Dzień wcześniej dostałyśmy informację od organizatorów, że wyruszymy nieco później bo ci mieli jeszcze jakieś sprawy do załatwienia na Uniwerku. Około godziny 15:00 zebraliśmy się w centrum Ålidhem (naszej dzielnicy). W sumie było nas około 15 osób. Na miejsce X – czyli tam, gdzie zaczynaliśmy naszą wycieczkę, dojechaliśmy autobusem. No to ruszamy.
Jak na razie wszystko szło gładko. Okolica piękna. Weszliśmy w las i podążaliśmy szlakiem wytyczonym przez tabliczki informacyjne znajdujące się na drzewach. Dlatego, że wyruszyliśmy później niż na początku zakładano, przystanek na nocowanie też musieliśmy zrobić wcześniej bo na tej szerokości geograficznej i o tej porze roku szybciej się ściemniało. Dla osoby, która wcześniej nie uczestniczyła w hikingu powinno się zorganizować najpierw spotkanie dotyczące sprawnego rozstawiania namiotu. No ale na szczęście nie byłam sama i miałam do pomocy koleżanki.
Na pierwszy przystanek zatrzymaliśmy się 5 km w głąb lasu od miejsca, z którego wyruszyliśmy. Była to piękna okolica, znajdująca się na wzniesieniu, z którego idealnie było widać całe Umeå. W obrębie naszego przystanku znajdowały się również drewniane chatki, które w okresie letnim są otwierane by ewentualni wędrowcy mieli się gdzie schronić. Nieopodal znajdowała się również drewniana, czerwona sławojka. Oczywiście zajrzawszy do niej zauważyłam w środku rolkę papieru toaletowego, słoik, w środku którego znajdowała się świeczka oraz plastikowa deska toaletowa – wiadomo gdzie. No muszę powiedzieć, że byłam nieco zdziwiona zauważywszy również plakietkę, która mówiła o dostosowaniu „toalety” również dla osób niepełnosprawnych. Hę? Szwecja…

Po oględzinach okolicy z dziewczynami wybrałyśmy sobie miejsce na otworzenie namiotu. Był to skrawek równej ziemi, nieco oddalony od pozostałych wycieczkowiczów. Dość sprawnie go rozłożyłyśmy, wstawiłyśmy nasze rzeczy i rozłożyłyśmy śpiwory. Ku mojemu zdziwieniu patrzę jak Natalia wyciąga ultra cienki materac i zaczyna go pompować – miała dziewczyna nosa. Przynajmniej będzie jej bardziej miękko. Po tych czynnościach dołączyłyśmy do pozostałych obozowiczów, którzy zaczęli rozpalać ognisko – oczywiście w miejscu do tego wyznaczonym. Szybko zaczęło się ściemniać. Patrzyłyśmy a to na ciepłe ognisko, a to na oddalone światła miasta. Było bardzo przyjemnie, aczkolwiek zaczęło się znacznie ochładzać. Jednak nie przypuszczałam, że temperatura spadnie poniżej zera! Zmęczenie już o tej porze dawało się we znaki. Pewnie już wówczas zeszło ze mnie napięcie i adrenalina i myślałam tylko o tym by się już położyć.
Kiedy ognisko się wypaliło, ugasiliśmy żar i każdy z nas zaczął zmierzać do swoich namiotów. U nas Natalia ze swoim materacem usadowiła się na środku – ja byłam z jej lewej strony a Dorota z prawej. Wgramoliłam się do swojego śpiwora, nakryłam się ubraniami by mi było cieplej i czekałam na sen, który nie przychodził. Pierwszy raz spałam w namiocie w śpiworze i nawet nie wiedziałam czego się spodziewać. Myślałam trochę o wydarzeniach z kończącego się dnia. Doszłam do wniosku, że było mi dość niekomfortowo. Leżąc w jednej pozycji w śpiworze typu „Mumia” zaczynało mi być po prostu zimno. Co chwila się budziłam z lekkiej drzemki. Po jakimś czasie poczułam, że coś na mnie kapie. Otworzyłam oczy i okazało się, że to szron zalegał na ściankach namiotu. Fakt ten nie tylko powodował kapanie zimnych kropel ale również to, że ścianki namiotu zaczęły się zapadać i bezpośrednio stykać ze mną. Już wiedziałam, że to nie będzie dobra noc. Przesunęłam się trochę ku Natalii, która leżała w centrum i smacznie spała. Ułożyłam się tak by jak najmniej na mnie kapało i bym nie stykała się z namiotem. Pomogło to tylko na chwilę. Najciszej jak mogłam, wyciągnęłam więcej ubrań z plecaka by opatulić sobie nogi bo było coraz zimniej. Później spostrzegłam, że mój śpiwór nie był przystosowany do minusowych temperatur. No pięknie. Znowu zamknęłam oczy starając się chociaż na chwilę zdrzemnąć.
Zaczęłam po chwili słyszeć dźwięki. W zasadzie to nie był dźwięk, ale jakiś odgłos. Był jakby za mgłą. Wydawało mi się, że dochodzi z zewnątrz. Byłam przerażona. Rozbudziłam się na dobre i znowu zaczęłam nasłuchiwać. Po chwili odgłos się powtórzył. Okazało się, że to Natalia zaczęła wydawać jakieś dziwne pomruki. Nie wiedziałam, czy miałam się śmiać czy płakać. Byłam już lekko sfrustrowana tym, że nie mogłam zasnąć a teraz tym bardziej nie zasnę z jęczącą Natalią u boku. Byłam też trochę zdenerwowana. Natalię przecież znałam od miesiąca i w sumie nie wiedziałam czego się spodziewać.
Dałam w końcu za wygraną. Wyciszyłam w umyśle pojękiwania Natalii, zamknęłam oczy i skupiłam się na tym by w końcu zasnąć. Nie wiem ile moja drzemka trwała, ale kiedy zaczęło się rozjaśniać byłam bardziej zmęczona niż przed położeniem się. Obozowisko zaczęło się budzić do życia. Wstaliśmy razem ze słońcem, które wdzierało się przez namiot. To było jeszcze gorsze bo szron na dobre zaczął topnieć. Pomyślałam: „Nie ma co, ja już tak dłużej nie mogę!” Wygramoliłam się z namiotu i rozprostowałam nogi. Wykonałam lekkie ćwiczenia by przywrócić krążenie krwi w ciele i rozgrzać zziębnięty organizm.
Po niedługim czasie również Natalia i Dorota wyszły z namiotu w całkiem dobrej kondycji. Prosiłam z uśmiechem na twarzy by nie pytały o moją noc, bo w sumie nie było o czym mówić (długo po wycieczce i nawet do tej pory wspominamy wydarzenia z hikingu do Tavelsjö – nad wyraz mile). Sama wahałam się czy zapytać Natalię co ją wprawiło w taki „nastrój” podczas nocy. Później powiedziała mi, że wieczorem poprzedniego dnia była też zmęczona i w ciągu nocy było jej po prostu wygodnie i ciepło. A to wszystko dzięki materacowi, który był miękki i  stanowił dobrą izolację pomiędzy podłożem a organizmem. Z pewnością lepszą aniżeli moja karimata. Ta jej błogość snu wywołała, zadowalające pojękiwania. Dodatkowo nic na nią nie kapało, bo spała w centrum. Już teraz nie pamiętam jak spało się Dorocie, ale na pewno nie tak dobrze jak Natalii.  
Wygrzebałyśmy się z namiotu i zauważyłyśmy, że jeszcze nie wszyscy się obudzili. Skorzystałyśmy z chwili czasu i pochodziłyśmy naokoło naszego obozowiska. Było tak spokojnie i cicho, małe chatki czerwone w środku lasu, promienie słońca przedzierające się przez drzewa. Po prostu było uroczo. Moja złość po nieprzespanej nocy nieco minęła. Poczekałyśmy aż wszyscy się obudzą i zaczęliśmy się przygotowywać do organizowania śniadania. Bezpośrednio po nim spakowaliśmy nasze rzeczy, zrobiliśmy ostatni rzut oka na piękne widoki i poszliśmy dalej.
Pierwszy dzień właśnie mijał. Na razie było w miarę w porządku mimo paru niedogodności. Cieszyłam się do pewnego momentu. Kolejne godziny, dni pokazały, że w cale ta wycieczka nie musiała mi przypaść do gustu. A wręcz przeciwnie…


Cdn.  

  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz