Przez całą sobotę poruszaliśmy
się praktycznie w lesie. Gdzieniegdzie wychodziliśmy na polany, by potem znów
wejść w las. Podłoże nie było dla mnie zbyt łaskawe. Co chwila natrafiałam na
podmokłe tereny by potem wejść w grząski piach. Już po jakimś czasie byłam
zmęczona ciągłym patrzeniem pod nogi i uważaniem gdzie stawiam swoje kolejne
kroki. Z tego wszystkiego byłam naprawdę wdzięczna, że zabrałam nadprogramową
ilość ciepłych skarpet. Gorzej było z butami, które nie chciały do końca
wyschnąć podczas nocy, gdyż było po prostu zimno. Jedynymi rzeczami, które
rekompensowały moją udrękę były przepiękne krajobrazy i oczywiście moje
towarzyszki. Jestem im wdzięczna, że po tej wycieczce chciały jeszcze ze mną
spędzać czas. W drodze mijaliśmy wolnostojące domki, które znów czekały na
przyszłoroczny sezon działkowy oraz malownicze jeziorka, np. Hissjö.
![]() |
| jez. Hissjö |
Kiedy zaczęło się ściemniać
byliśmy jeszcze w głębokim lesie, na lekkim pagórku. Końca nie było widać więc
zaczęliśmy rozglądać się za najbardziej dogodnym, w tych warunkach, miejscem na
rozbicie obozu. Po jakimś czasie znaleźliśmy takie. Nie było to wymarzone
miejsce ze względu na zbocze pagórka oraz wilgotne runo; gdzie okiem sięgnąć
wszędzie było tak samo a czas uciekał. Z Natalią i Dorotą postanowiłyśmy rozbić
nasz obóz na małej bezdrzewnej części otoczonej m.in. przez miękki mech i
kamienie, których wokoło było w brud. Po rozlokowaniu się wszystkich
uczestników zaczęliśmy zbierać w miarę suche drewno na ognisko. Każdy „wziął”
swoją część terenu i wkrótce mieliśmy już jego na tyle dość, że pewnie
starczyłoby na parę godzin.
Podczas ogniska panowała biesiadna
atmosfera. Każdy ze wszystkimi się dzielił swoim jedzeniem. Pamiętam wówczas po
raz pierwszy chyba spróbowałam banana z ogniska wypełnionego czekoladą.
Atmosfera udzieliła się wszystkim.
Jedynie, to co spędzało mi sen z
powiek to to, czy aby przypadkiem nie jesteśmy narażeni na bliskie kontakty z
miejscową zwierzyną. Nie omieszkałam zapytać o to naszego „przewodnika”. On
stwierdził, że to bardzo prawdopodobne by w okolicy można było spotkać/usłyszeć
łosie, wilki, lisy i inne, które są charakterystyczne dla tych lasów.
Hmmm…. okej, nie pocieszyło mnie
to za bardzo, ale innej opcji nie było.
Siedząc dłużej przy ognisku – jak
to pewnie zawsze bywa w takich sytuacjach – zaczęliśmy sobie opowiadać różne
historie – czasami straszne. Uśmiechałam się pod nosem bo to było takie typowe
– rodem wyciągnięte z hollywoodzkich produkcji. Jednakże miło było posłuchać tych
historii z perspektywy ludzi z innych państw.
Po jakimś czasie zaczęliśmy się
rozchodzić do swoich namiotów. Atmosfera grozy w jakiś sposób udzieliła się
Natalii, Dorocie i mnie. W zasadzie to był śmiech przez łzy. Po drodze do
naszego namiotu zabrałyśmy jakieś sęki i poręczne kamienie – do obrony
oczywiście! Gdyby komuś albo czemuś przyszło do głowy by nas zaatakować we
śnie. Ułożyłyśmy nasze zdobycze tuż koło wejścia. Śmiałyśmy się do rozpuku
sądząc, że to akurat przez „drzwi” wejściowe do namiotu wejdzie potencjalny
niedźwiedź czy łoś.
Jest jeden szczegół, o którym
wcześniej nie wspomniałam, a był dość istotny podczas nocy. Potem z
dziewczynami się z tego śmiałyśmy. Podczas gdy reszta wycieczki do plecaków
spakowała najbardziej przydatne rzeczy podczas takich wędrówek czy po prostu
dodatkowy prowiant czy wodę, my spakowałyśmy 0,7 i napoczętego Jägera. Zdawałyśmy sobie
sprawę, że dość nieodpowiedzialne jest raczyć się lufą przed snem w takich
warunkach, ale z drugiej strony nie było aż takich mrozów podczas nocy, a i
ciepło się zawijałyśmy przed snem. To było coś pięknego.
Po wydarzeniach z poprzedniej
nocy, doszłyśmy do konsensusu, że tej nocy to ja będę spała w środku. Powiem
jednym słowem: „Zamienił stryjek siekierkę an kijek”. Nie dość, że to właśnie
środkowa część znajdowała się na stosunkowo największym spadku to jeszcze
przyszło mi spać na zimnym głazie. O losie! Nie dość, że było mi zimno
(ogrzewanie przez trunki miało swój limit czasowy), to jeszcze co jakiś czas
zsuwałam się, przybliżając się do wyjścia namiotu. W obawie przez dopadnięciem
ze strony niedźwiedzia łapałam się Doroty i dzięki „jej pomocy” podciągałam się
wyżej. I tak pare razy w ciągu nocy. Tym razem nie zarejestrowałam pojękiwań
Natalii wywołanych błogością, natomiast następnego dnia to Dorota patrzyła na
mnie dziwnie. Oczywiście sama potem przyznała, że podczas nocy pewnie chciałam
się do niej przytulić by było nam razem cieplej. Moja wersja walczenia o
przetrwanie i nie dostanie się w szpony fikcyjnego misia wywołała euforię na
ich twarzach. Także noce wówczas nie należały do momentów, które chciałabym
pamiętać.
Następnego dnia znowuż:
śniadanie, zwijanie obozu i dalsza wędrówka. Tym razem mieliśmy się już dostać
do naszego celu podróży czyli Tavelsjö. Po drodze wspięliśmy się na jeden ze
szczytów tych wyższych pagórków. Widok był oszałamiający. Znajdowała się tam
też wieża strażnicza, na którą każdy się wspiął. Widok był jeszcze lepszy.
Postanowiliśmy, że zrobimy tam sobie przerwę korzystając z uroków natury i
przepięknych widoków. Rozpaliliśmy ognisko, zagotowaliśmy wodę i z dziewczynami
zrobiłyśmy sobie zupkę błyskawiczną. Pierwszy, dobry, ciepły posiłek od ponad 2
dni. Miejsce było bardzo dobre gdyż w około znajdowały się drewniane ławy i
ławki, na których można było spokojnie siedzieć i podziwiać naturę. 
W dole wzniesienia majaczył nasz
cel podróży. Byłam szczęśliwa, że udało mi zaliczyć swój pierwszy hiking w
ogóle. Wówczas wdzięczna była za to, że nic mi ani nikomu (oprócz Niemca), się
nie stało i że cali i zdrowi dotarliśmy na miejsce. Obiecywała sobie wtedy
nigdy więcej, ale przez pryzmat czasu muszę powiedzieć, że było fajnie. Zawsze
wychodzę z założenia, że we względnie ekstremalnych warunkach da się poznać
ludzi, z którymi się wyruszyło na coś takiego. Z dziewczynami do dnia
dzisiejszego utrzymuję kontakt i za każdym razem kiedy się widzimy wspominamy
nasza wyprawę na Tavelsjö.
Kiedy dotarliśmy do wioski,
znaleźliśmy jakąś stację benzynową ze sklepem i barem. Każdy z nas się trochę
odświeżył i wypił chociaż herbatę. Po odpoczynku udaliśmy się na przystanek
autobusowy, z którego mieliśmy pojechać z powrotem do Umeå. Autobus przyjechał.
Z powrotem jechaliśmy całe… 30 minut.
30 min jazdy autobusem, podczas
gdy na wycieczce w grupie zajęło nam to wtedy 2 dni. Śmieszne :-)
Mimo wielu niedogodności,
przeciwności, nieprzespanych nocy, mokrych butów i paru innych rzeczy cieszyłam
się, że się zdecydowałam na tą wycieczkę. Oczywiście wtedy, podczas trasy,
klęłam jak szewc zarzekając się, że nigdy więcej nie będę się na coś takiego
pisać, bo przecież nikt mi nie kazał! Sama dobrowolnie poszłam! Nigdy więcej!
Teraz przez pryzmat czasu mogę
się tylko z tego śmiać i teraz zawsze jest co opowiadać. Ale wiadomo – ciężko
jest przekazać te emocje, które mną i innymi targały podczas tych 2 dni. Są
takie rzeczy, których po prostu nie da się opisać słowami, bo należy je
przeżyć. Potem się okaże, że było jeszcze pare takich wypraw. Dłuższych i
dalszych.
Po 30 minutach jazdy znowu
zagościliśmy w znajome rejony Umeå. Jedynymi rzeczami, o których wówczas
myślałam to zamówić sobie czas w pralni, wziąć porządny prysznic oraz porządnie
się wyspać. Wszystkie punkty zostały w krótkim czasie zrealizowane.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz