piątek, 9 maja 2014

Jägermeister, Misie i Cel Zdobyty :-)

Przez całą sobotę poruszaliśmy się praktycznie w lesie. Gdzieniegdzie wychodziliśmy na polany, by potem znów wejść w las. Podłoże nie było dla mnie zbyt łaskawe. Co chwila natrafiałam na podmokłe tereny by potem wejść w grząski piach. Już po jakimś czasie byłam zmęczona ciągłym patrzeniem pod nogi i uważaniem gdzie stawiam swoje kolejne kroki. Z tego wszystkiego byłam naprawdę wdzięczna, że zabrałam nadprogramową ilość ciepłych skarpet. Gorzej było z butami, które nie chciały do końca wyschnąć podczas nocy, gdyż było po prostu zimno. Jedynymi rzeczami, które rekompensowały moją udrękę były przepiękne krajobrazy i oczywiście moje towarzyszki. Jestem im wdzięczna, że po tej wycieczce chciały jeszcze ze mną spędzać czas. W drodze mijaliśmy wolnostojące domki, które znów czekały na przyszłoroczny sezon działkowy oraz malownicze jeziorka, np. Hissjö.
jez. Hissjö
Kiedy zaczęło się ściemniać byliśmy jeszcze w głębokim lesie, na lekkim pagórku. Końca nie było widać więc zaczęliśmy rozglądać się za najbardziej dogodnym, w tych warunkach, miejscem na rozbicie obozu. Po jakimś czasie znaleźliśmy takie. Nie było to wymarzone miejsce ze względu na zbocze pagórka oraz wilgotne runo; gdzie okiem sięgnąć wszędzie było tak samo a czas uciekał. Z Natalią i Dorotą postanowiłyśmy rozbić nasz obóz na małej bezdrzewnej części otoczonej m.in. przez miękki mech i kamienie, których wokoło było w brud. Po rozlokowaniu się wszystkich uczestników zaczęliśmy zbierać w miarę suche drewno na ognisko. Każdy „wziął” swoją część terenu i wkrótce mieliśmy już jego na tyle dość, że pewnie starczyłoby na parę godzin.
Podczas ogniska panowała biesiadna atmosfera. Każdy ze wszystkimi się dzielił swoim jedzeniem. Pamiętam wówczas po raz pierwszy chyba spróbowałam banana z ogniska wypełnionego czekoladą. Atmosfera udzieliła się wszystkim.
Jedynie, to co spędzało mi sen z powiek to to, czy aby przypadkiem nie jesteśmy narażeni na bliskie kontakty z miejscową zwierzyną. Nie omieszkałam zapytać o to naszego „przewodnika”. On stwierdził, że to bardzo prawdopodobne by w okolicy można było spotkać/usłyszeć łosie, wilki, lisy i inne, które są charakterystyczne dla tych lasów.
Hmmm…. okej, nie pocieszyło mnie to za bardzo, ale innej opcji nie było.
Siedząc dłużej przy ognisku – jak to pewnie zawsze bywa w takich sytuacjach – zaczęliśmy sobie opowiadać różne historie – czasami straszne. Uśmiechałam się pod nosem bo to było takie typowe – rodem wyciągnięte z hollywoodzkich produkcji. Jednakże miło było posłuchać tych historii z perspektywy ludzi z innych państw.
Po jakimś czasie zaczęliśmy się rozchodzić do swoich namiotów. Atmosfera grozy w jakiś sposób udzieliła się Natalii, Dorocie i mnie. W zasadzie to był śmiech przez łzy. Po drodze do naszego namiotu zabrałyśmy jakieś sęki i poręczne kamienie – do obrony oczywiście! Gdyby komuś albo czemuś przyszło do głowy by nas zaatakować we śnie. Ułożyłyśmy nasze zdobycze tuż koło wejścia. Śmiałyśmy się do rozpuku sądząc, że to akurat przez „drzwi” wejściowe do namiotu wejdzie potencjalny niedźwiedź czy łoś.




Jest jeden szczegół, o którym wcześniej nie wspomniałam, a był dość istotny podczas nocy. Potem z dziewczynami się z tego śmiałyśmy. Podczas gdy reszta wycieczki do plecaków spakowała najbardziej przydatne rzeczy podczas takich wędrówek czy po prostu dodatkowy prowiant czy wodę, my spakowałyśmy 0,7 i napoczętego Jägera. Zdawałyśmy sobie sprawę, że dość nieodpowiedzialne jest raczyć się lufą przed snem w takich warunkach, ale z drugiej strony nie było aż takich mrozów podczas nocy, a i ciepło się zawijałyśmy przed snem. To było coś pięknego.
Po wydarzeniach z poprzedniej nocy, doszłyśmy do konsensusu, że tej nocy to ja będę spała w środku. Powiem jednym słowem: „Zamienił stryjek siekierkę an kijek”. Nie dość, że to właśnie środkowa część znajdowała się na stosunkowo największym spadku to jeszcze przyszło mi spać na zimnym głazie. O losie! Nie dość, że było mi zimno (ogrzewanie przez trunki miało swój limit czasowy), to jeszcze co jakiś czas zsuwałam się, przybliżając się do wyjścia namiotu. W obawie przez dopadnięciem ze strony niedźwiedzia łapałam się Doroty i dzięki „jej pomocy” podciągałam się wyżej. I tak pare razy w ciągu nocy. Tym razem nie zarejestrowałam pojękiwań Natalii wywołanych błogością, natomiast następnego dnia to Dorota patrzyła na mnie dziwnie. Oczywiście sama potem przyznała, że podczas nocy pewnie chciałam się do niej przytulić by było nam razem cieplej. Moja wersja walczenia o przetrwanie i nie dostanie się w szpony fikcyjnego misia wywołała euforię na ich twarzach. Także noce wówczas nie należały do momentów, które chciałabym pamiętać.
Następnego dnia znowuż: śniadanie, zwijanie obozu i dalsza wędrówka. Tym razem mieliśmy się już dostać do naszego celu podróży czyli Tavelsjö. Po drodze wspięliśmy się na jeden ze szczytów tych wyższych pagórków. Widok był oszałamiający. Znajdowała się tam też wieża strażnicza, na którą każdy się wspiął. Widok był jeszcze lepszy. Postanowiliśmy, że zrobimy tam sobie przerwę korzystając z uroków natury i przepięknych widoków. Rozpaliliśmy ognisko, zagotowaliśmy wodę i z dziewczynami zrobiłyśmy sobie zupkę błyskawiczną. Pierwszy, dobry, ciepły posiłek od ponad 2 dni. Miejsce było bardzo dobre gdyż w około znajdowały się drewniane ławy i ławki, na których można było spokojnie siedzieć i podziwiać naturę.
W dole wzniesienia majaczył nasz cel podróży. Byłam szczęśliwa, że udało mi zaliczyć swój pierwszy hiking w ogóle. Wówczas wdzięczna była za to, że nic mi ani nikomu (oprócz Niemca), się nie stało i że cali i zdrowi dotarliśmy na miejsce. Obiecywała sobie wtedy nigdy więcej, ale przez pryzmat czasu muszę powiedzieć, że było fajnie. Zawsze wychodzę z założenia, że we względnie ekstremalnych warunkach da się poznać ludzi, z którymi się wyruszyło na coś takiego. Z dziewczynami do dnia dzisiejszego utrzymuję kontakt i za każdym razem kiedy się widzimy wspominamy nasza wyprawę na Tavelsjö.
Kiedy dotarliśmy do wioski, znaleźliśmy jakąś stację benzynową ze sklepem i barem. Każdy z nas się trochę odświeżył i wypił chociaż herbatę. Po odpoczynku udaliśmy się na przystanek autobusowy, z którego mieliśmy pojechać z powrotem do Umeå. Autobus przyjechał. Z powrotem jechaliśmy całe… 30 minut.
30 min jazdy autobusem, podczas gdy na wycieczce w grupie zajęło nam to wtedy 2 dni. Śmieszne :-)
Mimo wielu niedogodności, przeciwności, nieprzespanych nocy, mokrych butów i paru innych rzeczy cieszyłam się, że się zdecydowałam na tą wycieczkę. Oczywiście wtedy, podczas trasy, klęłam jak szewc zarzekając się, że nigdy więcej nie będę się na coś takiego pisać, bo przecież nikt mi nie kazał! Sama dobrowolnie poszłam! Nigdy więcej!
Teraz przez pryzmat czasu mogę się tylko z tego śmiać i teraz zawsze jest co opowiadać. Ale wiadomo – ciężko jest przekazać te emocje, które mną i innymi targały podczas tych 2 dni. Są takie rzeczy, których po prostu nie da się opisać słowami, bo należy je przeżyć. Potem się okaże, że było jeszcze pare takich wypraw. Dłuższych i dalszych.

Po 30 minutach jazdy znowu zagościliśmy w znajome rejony Umeå. Jedynymi rzeczami, o których wówczas myślałam to zamówić sobie czas w pralni, wziąć porządny prysznic oraz porządnie się wyspać. Wszystkie punkty zostały w krótkim czasie zrealizowane. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz