poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Eh ci Niemcy..., czyli Tavelsjö część 2 :-)

Po zjedzeniu śniadania i po spakowaniu naszych rzeczy ruszyliśmy dalej. To był drugi dzień naszej drogi. Pamiętam dokładnie, że była to sobota, bo akurat tego dnia musieliśmy przejść najwięcej kilometrów by wrócić do domu w niedzielę – tak jak wszyscy planowali.
Wówczas przeszliśmy chyba niecałe 20 km. Poruszaliśmy się po wytyczonym szlaku mijając piękne lasy, potoczki oraz odległe samo stojące letniskowe domki. W powietrzu wyraźnie czuć już było jesień. Gdzieniegdzie liście zaczęły zmieniać barwy na bardziej żółte, a ciepłe jesienne słońce ogrzewało nasze twarze – twarze niezmordowanych piechurów. Jeśli chodzi o tą sferę, to uważałam, że było cudownie. Tak, że czasami zapominałam, że było mi niewygodnie i ciężko z dużym tobołkiem na plecach oraz nieodpowiednim obuwiem na nogach. Za każdym razem jednak powtarzałam sobie: „Przygoda! Trzeba z tego korzystać”

Jednakże kiedy wchodziliśmy głębiej w las, trzeba było niezmiernie uważać na korzenie wystające z ziemi oraz na zwodnicze podmokłe tereny. Fakt ten niekiedy doprowadzał mnie do szewskiej pasji.
Nagle, na polecenie naszego „przewodnika” musieliśmy się zatrzymać. Doszłam do całej grupy by dowiedzieć się dlaczego się zatrzymaliśmy i dlaczego nie idziemy dalej. Każdy krok przybliżał nas do celu, a my właśnie na środku pustkowia, ni z tego ni z owego, się zatrzymaliśmy. Był to też dobry moment na rotację naszych plecaków. Z Natalią i Dorotą mieliśmy niepisaną umowę, że co godzina będziemy się zmieniać plecakami. Każdy z trzech miał inną wagę, więc uznałyśmy, że to będzie najsprawiedliwsze, a i grupa była nam wdzięczna, bo tym sposobem mniej więcej orientowali się, która jest godzina bez patrzenia na zegarki.
Po dotarciu do całej grupy okazało się, że jeden Niemiec z grupy właśnie skręcił sobie kostkę na wystającym korzeniu i nie był w stanie iść dalej. No ładnie. Po krótkim namyśle, co dalej z nim robić, doszliśmy do wniosku, że trzeba dojść z nim do ulicy i złapać stopa by z powrotem wrócił do miasta. Na szczęście nasi przewodnicy byli na tyle ogarnięci (do pewnego momentu), że wiedzieli gdzie się znajdujemy i w którą stronę trzeba iść by dojść do drogi E4. Reszta grupy postanowiła, że zaczeka w jednym miejscu by zaoszczędzić trochę energii i odpocząć, a w tym samym czasie nasi przewodnicy i ten nieszczęsny Niemiec, którego imienia teraz nie mogę sobie przypomnieć, pójdą do drogi i pomogą mu złapać powrotnego stopa.
Czekaliśmy długo. Albo może wydawało mi się, że minęło dużo czasu. W końcu w tym czasie nie zmieniałyśmy się plecakami, więc ciężko było stwierdzić.
Wkrótce na horyzoncie dostrzegliśmy naszych przewodników – już bez Niemca. To oznaczało, że trzeba się przygotować na dalsza drogę. Przede wszystkim musieliśmy znaleźć nasz szlak, z którego musieliśmy nieco zboczyć. I tu się zaczęły schody. W tym momencie już nasi przewodnicy też się pogubili. Jakoś nie mogliśmy na mapie znaleźć naszego położenia, więc krążyliśmy na bliżej nieznanym nam terenie. Liczyliśmy też, że może spotkamy jakiegoś miejscowego by nam powiedział, w którym kierunku należałoby iść. Kiedy jeden się napatoczył usłyszałam tylko „Ingen aning” co znaczy „nie mam pojęcia”. Aaaaaaha…
Po chyba blisko 2 godzinach bezcelowego kręcenia się po lasach, łączkach, zagajnikach w końcu udało się nam odszukać szlak. Ale to były ponad 2 godziny w plecy – a to oznaczało jedno – nie uda nam się dotrzeć przed zmierzchem do punktu orientacyjnego, gdzie mieliśmy spędzić noc.
Było wtedy popołudnie i chyba nie zdawałam sobie wówczas sprawy, że na północy Szwecji znacznie szybciej robi się ciemno, a namiot trzeba rozkładać jeszcze jak jest jasno. Słuszna uwaga, szczególnie dla kogoś, kto nigdy wcześniej nie „biwakował”. Co nie zmienia faktu, że przyroda otaczająca naszą grupkę była przepiękna! Pomiędzy wymienianiem się plecakami a śmiechem przez łzy, próbowałam ogarnąć wzrokiem jak największy teren, by jak najwięcej zapamiętać i po prostu się zachwycać tym, co mnie otaczało.
Wtedy już nawet nie liczyliśmy na to, że uda nam się dotrzeć na wyznaczony punkt. Co również nie zmienia faktu, że zwolniliśmy tempo. Kiedy słońce znacznie przeszło swój szwedzki „zenit”, rozpoczęło się szukanie odpowiedniego miejsca na ponowne rozstawienie namiotów. Taaaak… to było bardzo interesujące ;-)

Gwoli ścisłości. Istnieje – można tak powiedzieć – 10 zasad, do których należy się stosować wyruszając na spotkanie ze szwedzką naturą. Oto one:

1. Nie zbliżaj się do niedźwiedzi (i pod żadnym pozorem, nigdy, nigdy do małych niedźwiadków),
2. Nie jedz artykułów spożywczych, których nie jesteś pewien,
3. Pij wodę z potoków, gdzie woda jest stale w ruchu,
4. Noś bawełniane ubrania – najlepiej kilka warstw,
5. Uważaj na kleszcze, osy i czerwone znaki po ukąszeniu,
6. Powiadom kogoś o trasie swojej wycieczki z plecakiem,
7. Używaj odpowiedniego sprzętu, który jest sprawdzony i dobrze go znasz,
8. Miej przy sobie mapę i kompas, albo przynajmniej GPS,
9. W czasie sezonu łowieckiego należy nosić jasne ubrania,
10. Nie idź sam na wycieczkę.


Istnieje jeszcze szereg innych zasad – na pewno bardzo dobrze znanych osobom, które mają już doświadczenie w hikingu. Powyższe są głównymi, których warto przestrzegać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz